Login:

Hasło:

 autologowanie


rejestracja
zapomniałeś hasła?
Konkurs "Wytypuj Oscary 2012"

Wczoraj poznaliśmy nominacje do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, więc zapraszamy Was do udziału w konkursie „Wytypuj Oscary 2012”.więcej...


Konkurs na opowiadanie "Apokalipsa".

Zapraszamy do wzięcia udziału w konkursie na opowiadanie zatytułowanym „Apokalipsa".więcej...


Kliknij, aby przej do Paradoksowego Kalendarium Konwentowego
Widok: treść | komentarze
Recenzja książki "Malowany człowiek. Księga I" Petera V. Bretta
Dodano: 27-03-2009 10:29
Odsłon: 1631
Autor: Krzysztof Księski
Redaktor: druzila

  Science fiction słynie z pojedynczych książek, natomiast fantasy wyróżnia się cyklami - tak w skrócie można rozróżnić oba najważniejsze gatunki fantastyki. Wśród nich z pewnością większość to literatura nie pozostawiająca po sobie głębszych wzruszeń czy poważniejszych refleksji, a w efekcie istotnych wspomnień. Niektóre jednak trafiają do naszej wyobraźni; cenimy je z różnych względów. Właśnie te ostatnie trafiają najczęściej na listy bestsellerów, stając się dziełami kanonicznymi. Jedną z takich powieści może zostać nowość na rynku polskim - „Malowany człowiek" Petera V. Bretta.

Świat wykreowany przez autora to klasyczna fantasy, nibylandia z tradycyjną oprawą. Stosunki lenne, zróżnicowane stany społeczne, quasi-średniowieczny (X - XIII w.) rozwój technologiczny oraz oczywiście magia wyzierają niemal z każdego akapitu. Ta ostatnia - warunek sine qua non fantasy - przejawia się w kilku elementach, z których dwa są najistotniejsze: runy oraz otchłańce. Starożytne pismo służy ochronie ludzi przed potworami, które co noc przychodzą z otchłani. Podział doby na dwie części ma w tym uniwersum jeszcze jeden walor - decyduje o sposobie życia całego społeczeństwa. Dzień należy do ludzi, noc do otchłańców. Po zmroku przybywają na ziemię, siejąc terror i zniszczenie. W okrutny i bezlitosny sposób zabijają tych, którzy nie są chronieni przez magiczne runy. Porozrzucane miasta i osady chronione są przez skomplikowane linie magicznych znaków, a każda wyrwa w tej obronie może zakończyć się katastrofą. Podróże są sporadyczne i bardzo utrudnione, nieliczni, tzw. posłańcy, umieją poruszać się w tym terenie dzięki przenośnym kręgom runicznym. Jednak ta ochrona jest wątła, a zawód skrajnie niebezpieczny. Najgorsze jest zaś to, że runy jedynie zabezpieczają ludzi przed otchłańcami, ale nie czynią tym drugim poważnej krzywdy, a konwencjonalna broń nie robi im szkody. Kiedy zaś słońce wschodzi, potwory umykają.

Tak w skrócie prezentuje się uniwersum będące miejscem przygód trójki bohaterów: Arlena, który zostaje posłańcem, Leeshy - zielarki oraz Rojena - w przyszłości minstrela. Poznajemy ich na początku życiowej drogi, tuż przed wydarzeniami nad wyraz istotnymi dla ich przyszłości. Okazują się one bowiem przełomowe, dzięki nim będą mogli przeżywać rozmaite przygody, które tak bardzo wciągną czytelnika. Każda z postaci ukazana jest bardzo dobrze. Brett przekonująco buduje różnorodne i ciekawe charaktery, nie mając problemu ze wzbudzeniem do nich sympatii u odbiorcy. Mimo typowego dla wielu cykli fantasy schematu: „od zera do bohatera", prowadzenie rozwoju postaci zostało wykonane pierwszorzędnie. Wraz z ich przygodami poznajemy kawał świata stworzonego przez autora. Okazuje się, że są zakątki, gdzie nie tylko ludzie starają się chronić przed otchłańcami, ale próbują je zabijać, stosując przemyślne i śmiercionośne sztuczki. Innym ciekawym odkryciem jest wzmianka, z której wynika, że mamy do czynienia z postapokaliptyczną fantasy; kiedyś doszło do wojny z otchłańcami, a te zostały pokonane, choć nie zniszczono ich niedobitków. Wtedy ludzkość osiągnęła wyżyny rozwoju, który przypomina ten znany z XX stulecia na Ziemi. Nagle zaś otchłańce powróciły z ogromną mocą po wiekach ciszy, a ludzie nie pamiętali już, jak z nimi walczyć, zdołano bronić się jedynie resztkami sił. Cywilizacja legła w gruzach.

Powieść napisana jest bardzo dobrym językiem. Narracja wciąga od pierwszych kart książki i trzyma w napięciu do końca. Ogromna w tym zasługa oczywiście autora, szacunek należy jednak oddać również Marcinowi Mortce - tłumaczowi „Malowanego człowieka". Akcja powieści została zbudowana na dość znanych motywach fantasy: rozwoju bohaterów, konstrukcji świata ludzi zagrożonego zniszczeniem, fantastycznych elementów. Trudno więc mówić o tej powieści jako o oryginalnym osiągnięciu w gatunku. Jednocześnie jednak w ramach znanych już motywów to literatura bardzo wysokiej jakości. Świetnie napisana, ze znakomicie wymyślonymi bohaterami i fabułą, które zostały wykreowane w sposób bardzo przekonujący, rzetelny i z polotem.

„Malowany człowiek" to bardzo dobra powieść fantasy. Czyta się ją bardzo szybko i niezwykle przyjemnie. Czytając wiele książek, rzadko mam okazję tak przylgnąć do jakiejś lektury, jak to miało miejsce w przypadku dzieła Bretta. Już nie mogę się doczekać, jakimi ścieżkami potoczą się dalsze losy trójki bohaterów. Polecam tę książkę każdemu - za pomysły i ich realizację. To fantasy bardzo wysokiej próby.

korekta: Elanor

 

 

Tytuł: "Malowany człowiek. Księga I"

Autor: Peter V. Brett

Tłumaczenie: Marcin Mortka

Wydawca: Fabryka Słów

Data wydania: 28.11.2008 r.

Liczba stron: 504

Cena: 33,90 zł 

 

Dziękujemy Wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie książki do recenzji.

 

Średnia ocena: - (0 głosów)


Krzyś-Miś(03-04-2009 00:59)
Na tym właśnie polega generalizacja, że są od niej wyjątki. Podałeś tu kilka, ale one nie przeczą tezie o różnicy, którą wskazałem. Piszę, że coś słynie, a nie że jest dobre, bo oczywistym jest, iż dana książka stanowiąca część dobrego cyklu zazwyczaj jest dobra. Jednocześnie jednak w fantasy zazwczyaj właśnie cykl świadczy o słynności - cała historia nie mieści się zazwyczaj w 1 książce. W SF jest zaś inaczej. Zresztą podałeś Kroniki Diuny - sama Diuna jest doskonała, ale już następne tomy nie.
Miroe(27-03-2009 17:47)
Jest to generalizacja posunięta tak daleko, że ociera się o absurd. Mogę mówić, że podoba mi się "Dworzec Perdido" i to wcale nie oznacza, że oceniam cały cykl o Bas-Lag. Mogę stwierdzić, że "Pani jeziora" była świetna i nie oznacza to, że podobną estymą darzę "Czas pogardy".

Z drugiej strony, trudno mi myśleć o cyklach Pohla czy Harrisona inaczej niż jako o cyklach właśnie. To samo odnosi się nawet do Diuny.

IMO wymyśliłeś sobie chwytliwy wstęp do recenzji i na bieżąco ideologię dorabiasz :P
Krzyś-Miś(27-03-2009 13:10)
Nie zrozumiałeś - jak mówisz o dobrej fantasy, to zazwyczaj podajesz cykl: Jordana, Martina, Eriksona, Sapkowskiego. Kiedy natomiast mówisz o dobrej sf, to jest odwrotnie - wymieniasz np. Diunę, Planetę śmierci czy Neuromancera, a nie o dobrym cyklu sf: Kronikach Diuny, cyklu o planecie śmierci czy trylogii Gibsona. Oczywiście jest to pewna generalizacja, niemniej takie są tendencje.
Miroe(27-03-2009 12:28)
"Science fiction słynie z pojedynczych książek, natomiast fantasy wyróżnia się cyklami - tak w skrócie można rozróżnić oba najważniejsze gatunki fantastyki."

Bezedyurrra!!! Jadąc wyłącznie wyrywkiem z klasyki: "Cykl Haiński", "Stalowy Szczur", "Wszechświat wspomaganych", "Gateway", "Fundacja"...
grafika: Fedor i Kuna