Fragment opowiadania "Maszyna Lorda Kelvina" Jamesa P. Blaylocka

Autor: Ars Machina Redaktor: S_p_i_d_e_r

Dodane: 02-02-2011 12:49 ()


Przedstawiamy Wam kolejny fragment opowiadania pochodzący z antologii "Steampunk" pod redakcją Ann i Jeffa VanderMeer.

 

 

Tytuł oryginału: Steampunk

Data wydania: 21 lutego 2011

Redaktor: Ann i Jeff VanderMeer

Rok wydania oryginału: 2008

Wydawca oryginału: Tachyon Publications

Wydawca polski: Ars Machina

Liczba stron: ok. 350

Wymiary książki: 148 x 210 mm

ISBN: 978-83-932319-0-4

 

 

MASZYNA LORDA KELVINA – James P. Blaylock

 

ROZDZIAŁ 1

Dover

 

Powywracane kamienie zamkowego molo jawiły się niczym czarne i wilgotne punkty we mgle. Poniżej, tam, gdzie szare wody Morza Północnego cal po calu oddalały się od muru w miarę odpływu, zielone kępy morskich wodorostów na przemian tańczyły i opadały wokół pokrytych pąklami głazów. Brązowe kraby pensowe przemykały pomiędzy ciemnymi szczelinami, jak gdyby ich boczny chód miał sprawić, że staną się niewidoczne dla ludzi stojących powyżej. Langdon St. Ives, otulony szynelem i w wysokich butach, przyłożył do oka teleskopową lunetę, spoglądając w kierunku Wschodnich Doków.

Mgła wirowała w powietrzu, przesłaniając morze i niebo mętną, szarozieloną zasłoną, chwilami przemieniając się w półprzeźroczystą koronkę. Tam, w odległości jakichś stu pięćdziesięciu metrów, dryfował parowiec HMS Ramsgate unoszony falą głębinową. Minęło kilka godzin od chwili, w której garstka jego pasażerów udała się na ląd do jednej z tawern przy Castle Hill Road – szczegółowiej mówiąc, wszyscy pasażerowie poza jednym. St. Ives czuł, jakby stał na szczycie tych skał całe życie, obserwując jedynie opustoszały statek.

Mężczyzna opuścił lunetę i spojrzał na morze. Trzeba było aktu woli, by uwierzyć, że za tą cieśniną leżała Belgia, zaś za jego plecami, w odległości strzału z łuku, znajdowało się miasto Dover. Niespodziewanie ogarnęła go przemożna pewność, że molo się porusza; że on sam stoi na dziobie płynącego okrętu rozdzierającego fale widmowego morza. Woda zakotłowała się wokół krawędzi sterczących głazów. Przez krótką chwilę czuł, że leci do przodu, spadając głową w dół ze swojego miejsca obserwacyjnego. Niemal wypuścił z rąk lunetę.

Czyjaś silna dłoń pochwyciła go za ramię i zawroty głowy przeminęły. Zebrał się w sobie i wyprostował, mankietem płaszcza ocierając zgromadzoną na czole wilgoć.

– Dziękuję.

– Oczywiście, sir. Bez obaw, sir.

– Jestem na skraju cierpliwości, Hasbro – rzekł St. Ives do stojącego obok mężczyzny. – Jestem przekonany, że obserwujemy pusty statek. Nasz człowiek wprowadził nas w błąd. Znacznie bardziej wolałbym teraz zaglądać do kufla z piwem, aniżeli ponownie spoglądać na ten parowiec.

– Cierpliwość jest nagrodą samą w sobie, sir – odparł służący.

St. Ives spojrzał na niego.

– Najwyraźniej masz więcej cierpliwości niż ja. – Dobył z kieszeni szynela kapciuch, a następnie wyciągnął zeń wygiętą fajkę i jedną miarę tytoniu. – Myślisz, że Kraken się poddał? – Mężczyzna wcisnął kciukiem czarny tytoń do główki fajki, po czym rozpalił zapałkę. Płomień rozjarzył się, trzeszcząc w wilgotnym, wieczornym powietrzu.

– Nie Kraken, sir, gdybym miał oceniać. Jeśli nasz człowiek zszedł na ląd w dokach, to Kraken ruszył za nim. Jakiekolwiek przebrania są na nic w przypadku tego człowieka. Możemy być równie pewni, że nie opuścił Londynu. Nie o tak późnej porze. Stawiam, że jest w którymś z domów publicznych, a Kraken czeka na niego na ulicy. Jeśli udał się na północ, tedy pochwycił go Jack i wynik będzie taki sam. Najlepszym –

– Sza!

Zapadła cisza, przerywana jedynie szumem fal uderzających o kamienie molo oraz cichym gwarem aktywności w odległych dokach. Dwaj mężczyźni stali, wstrzymując oddech. Dym z fajki St. Ivesa niewidocznie unosił się pośród pasm mgły.

– Tam! – szepnął St. Ives, wskazując coś lewą dłonią.

Doszedł ich cichy dźwięk skrzypiących dulek oraz wioseł uderzających o wodę, zbyt rytmiczny, by pomylić go z naturalnym szumem oceanu. St. Ives przykucnął, po czym ostrożnie przeskoczył na sąsiedni głaz i zszedł do niewielkiej pieczary zamieszkałej przez kraby. Przez coś na kształt trójkątnego okienka był w stanie dostrzec cienką, szarą linię stanowiącą granicę między morzem a niebem. A oto w zasięg jego widzenia wpłynęła długa łódź wiosłowa. Siedziało w niej dwóch mężczyzn. Jeden pracował przy wiosłach, drugi zaś siedział skulony na ławce, otulony ciemnym kocem. Burza czarnych włosów opadała wilgotnymi lokami na jego ramiona.

– To on – szepnął Hasbro w ucho St. Ivesa.

– Tak jest. I wyraźnie nie ma dobrych zamiarów. Nazwij mnie głupcem, jeśli nie zmierza do Hargreavesa. Tym razem mieliśmy rację. Ta erupcja w Narviku nie była żadną erupcją. To była detonacja. Teraz natomiast to zadanie robi się niewypowiedzianie skomplikowane. Jestem nawet skłonny pozwolić temu potworowi na tę próbę, Hasbro. Ostatnimi czasy męczy mnie ten świat. – St. Ives zrobił pauzę. Łódź znikła we mgle. Nocą ponownie zawładnęła cisza.

– Wciąż pozostaje kwestia szklanicy piwa – zauważył przytomnie Hasbro, łapiąc St. Ivesa pod ramię. – Potrzebna będzie również zapiekanka z nerek, jeśli się nie mylę. Po drodze zabierzemy Billa Krakena i Jacka. Mamy dość czasu, by przejść się do Hargreavesa po kolacji.

St. Ives zerknął na Hasbro, jakby przemówił do niego pomysł zjedzenia placka i wypicia szklanki ciemnego piwa.

– Oczywiście, że mamy – powiedział. – Dziś jednak chyba wyślę was samych. Potrzebuję przynajmniej dziesięciu godzin odpoczynku, żeby stanąć na nogi. Sen, oto muzyka grana przez flecistę. Z rana zmierzę się ze swoimi demonami.

– Tak trzymać, sir – rzekł z oddaniem Hasbro. W zapadającym zmroku obaj mężczyźni ostrożnie odnajdowali ścieżkę pomiędzy rozrzuconymi głazami, kierując się w stronę ciepłych świateł Dover.

 

– Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek był tak głodny – powiedział St. Ives, zgarniając dwa plastry bekonu z przechodniego talerza. – Są jeszcze jajka?

– Cała sterta – odparł Bill Kraken z pełnymi ustami, przeżuwając zimny tost. Sięgnął po paterę ustawioną obok łokcia. – Są pełne dobrych składników, sir. Jajka. Maziste wnętrze żółtka przebija nawet domowy stek, jeśli wiecie panowie, co mam na myśli. Jest pełne najróżniejszych płynów.

Jack Owlesby zamarł, trzymając widelec z nadzianym nań jajkiem w połowie drogi do ust. Posłał Krakenowi pełne dezaprobaty spojrzenie i odchrząknął.

– Wybacz, stary. Czasami ponosi mnie zamiłowanie do nauki. Zapomniałem, że nie masz tej słabości, by rozmawiać o płynach przy śniadaniu. Nie, żeby te płyny czy cokolwiek innego miało znaczenie, biorąc pod uwagę kometę, która rozniesie nas na kawałeczki –

– Ahem! – odkaszlnął St. Ives, jakby się krztusił. Jego nagły atak zagłuszył kilka ostatnich słów Krakena. – Uciszże się, człowieku!

– Proszę mi wybaczyć, profesorze. Czasami nie myślę. Zna mnie pan. Ta kawa smakuje jak trutka na szczury, nieprawdaż? I to bynajmniej nie trutka z wyższej półki, ale coś, co zmieszał pański garbaty sługa.

– Nie próbowałem jej – powiedział St. Ives, unosząc kubek. Spojrzał w toń ciemnego płynu i natychmiast przypomniały mu się mętne wody z basenu pływowego, do którego wśliznął się zeszłej nocy w drodze powrotnej z molo. Nie musiał nawet próbować naparu; sam zapach w zupełności wystarczył. – Jakieś tabletki? – spytał Hasbro.

– Zabrałem po kilka każdego rodzaju, sir. Nie warto wyruszać za granicę bez nich. Ktoś mógłby pomyśleć, że sztuka parzenia kawy dotarła już do Normandii położonej zaledwie kilka mil od wybrzeży Wysp Brytyjskich, sir, ale dobrze wiem, że tak nie jest. – Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągając niewielką fiolkę z tabletkami w kształcie fasolek. – Jamaican Blue, sir?

– Jeśli można – odparł St. Ives.

Hasbro wrzucił jedną fasolkę do wyciągniętego kubka. W jednej chwili pomieszczenie wypełnił oszałamiający aromat prawdziwej kawy. Dziwny, chemiczny zapach lury wypełniającej pozostałe naczynia wydawał się przy nim blednąć.

– Na Boga! – szepnął Kraken. – Co jeszcze tam masz?

– Całkiem przyzwoitą Weiner Melange, sir, oraz Mocha Javę, za którą ręczę osobiście. Mam też espresso, ale jeszcze nikt jej nie próbował.

– To coś dla mnie! – krzyknął entuzjastycznie Kraken, wyciągając dłoń po niewielką pigułkę. – Można na tym zarobić – rzekł, po czym wrzucił tabletkę do swojego naparu, ze zdumieniem obserwując efekty. – Miliony funtów.

– To sztuka dla sztuki – roześmiał się St. Ives, maczając rąbek chustki w kawie i przyglądając się zaplamionemu materiałowi w słabym świetle, jakie wpadało przez okno. Skinął zadowolony, a następnie spróbował naparu, ponownie kiwając głową. Pochylił się nad swoim talerzem i zwrócił do Billa Krakena, choć jego słowa wyraźnie skierowane były do wszystkich zgromadzonych. – Nie możemy pozwolić, by pokonał nas strach związany z tą... tą... niebiańską wizytacją, jeśli mogę użyć tak metafizycznego słownictwa. Dziś zbudziłem się odświeżony. Niczym nowo narodzony. Rozwiązanie zaś, na jakie wpadłem, miałem cały czas przed oczami. Podsunął mi je ten sam złoczyńca, którego ścigamy. Naszym jedynym przeciwnikiem, panowie, jest teraz czas oraz nadmiar lęków.

St.Ives zrobił pauzę, by wziąć kolejny łyk kawy, po czym zapatrzył się w przestrzeń, kontynuując przemowę.

– Katastrofą byłoby, gdyby te wieści przedostały się do opinii publicznej. Na ulicach zapanowałby chaos, gdyby ludzie wiedzieli, co ich czeka. Bierzmy odwrotny przykład z prawie nieskazitelnej postaci pana H.G. Wellsa. Obawiam się, że jego naukowy punkt widzenia skażony był błędami, lecz nie możemy mówić o jego winie. W pierwszej kolejności był pisarzem, a dopiero w drugiej naukowcem. Znacząco pomylił się jednak, oceniając podatność zwykłych ludzi na ataki paniki. – St. Ives potarł podbródek, przyglądając się resztkom na talerzu. – Jestem przekonany, że nauka nas ocali, panowie, o ile wcześniej nas nie zabije. Jednakże margines błędu będzie niewielki, dlatego jeśli publika coś zwęszy, to należy się spodziewać ogromnych szkód. – Uśmiechnął się do nieco otępiałych towarzyszy. Kraken wytarł resztę jajka z kącika ust. Jack wydął usta.

– Muszę wiedzieć, co z Hargreavesem – ciągnął St. Ives. – Wy zaś chcielibyście wiedzieć, o czym plotę. To nie jest odpowiednie miejsce. Wyjdźmy na zewnątrz, dobrze?

Na te słowa wszyscy wstali. Kraken dopił resztkę kawy. Następnie, widząc, że Jack zostawił połowę swojego napoju, wychylił również jego porcję i ruszył za pozostałymi w kierunku drzwi, mrucząc coś o marnotrawstwie i głodzie.

 

 


Komentarze do starszych artykułów tymczasowo niedostępne...